Słowniczek

Jest to raport sporządzany przez CFTC (agencja regulująca rynek kontraktów terminowych w USA), który przedstawia, jaką pozycję netto (long – short = netto) utrzymują poszczególni uczestnicy rynków kontraktów terminowych w Stanach Zjednoczonych. Dane zbierane są w każdy wtorek, a następnie publikowane w piątek o godzinie 21:30 czasu polskiego.

Na potrzeby raportu, uczestników rynku podzielono na 3 grupy: „Commercial Traders”, „Non-commercial Traders” i „Non-reportable Traders”.

Commercial Traders są uznawani za najbardziej kompetentną i najważniejszą grupę. W ich skład wchodzą przede wszystkim banki inwestycyjne oraz producenci chcący zabezpieczyć się na wypadek spadku cen ich produktów.

Non-commercial Traders, zwani również „Large Speculators” to przede wszystkim fundusze inwestycyjne, których skuteczność jest ograniczona, przez czynniki opisane przez nas w artykule „Czy warto inwestować poprzez fundusze inwestycyjne”.

Non-reportable Traders (Small Speculators) to grupa posiadająca na tyle małe pozycje, że nie ma obowiązku zgłaszania ich do CFTC. W jej skład wchodzą głównie mali spekulanci oraz traderzy detaliczni. Według powszechnej opinii, jest to najgorzej zorientowana grupa na rynku, określana jako dumb money.

Czytając raport COT mamy wgląd w pozycje poszczególnych grup, ale najważniejsze jest, aby uchwycić, jak zmieniała się wielkość ich pozycji na przestrzeni czasu. Dlatego najlepszym podejściem do analizy COT jest skorzystanie z wykresu.

Jak interpretować wykres COT?

Bezpośrednio pod powyższym wykresem ceny złota, linią czerwoną oznaczono pozycję netto Commercial Traders; zieloną – Large Speculators; niebieską – Small Speculators. Pozycja netto, to różnica między wielkością pozycji long oraz short danej grupy.

Jeżeli liczba pozycji long przewyższa liczbę pozycji short, to dana grupa ma pozycję netto long. Z kolei, gdy pozycja short jest większa od pozycji long, to grupa utrzymuje pozycję netto short.

Najważniejsza w analizie jest pozycja netto reprezentowana przez grupę Commercial Traders. Na wykresie widać, jak ekstremalnie niska wartość pozycji short wśród Commercials zbiega się w czasie z lokalnymi dołkami cenowymi (patrz - fragmenty zaznaczone na błękitno).

Podsumowując, powyższy wykres COT można interpretować następująco: W ostatnich 5 latach niski poziom pozycji netto short wśród Commercials informował nas o tym, że należy spodziewać się wybicia ceny złota.

COT jest zatem wskaźnikiem, który pomaga z dużą precyzją przewidzieć punkty zwrotne na poszczególnych rynkach. Na blogu odnosiliśmy się do niego przy okazji artykułu „Update na rynku złota i srebra”.

Short Squeeze to sytuacja w której silnie shortowane akcje rosną i wybijają graczy z pozycji.

Dla przykładu, załóżmy, że 50 tysięcy osób shortuje Teslę. Co dziesiąty z nich ma ustawione automatyczne zamknięcie shorta jeśli Tesla wzrośnie do 310 USD. Teraz przyjmijmy, że spółka przebija ten poziom, a zatem 5 tys. osób zamyka shorta, co jest równoznaczne z koniecznością odkupienia przez nich tych akcji. W efekcie akcje automatycznie zostają wystrzelone w górę, przebijając kolejne poziomy i wybijają kolejnych inwestorów z pozycji np. na 315 czy 320 USD. Wszystko dzieje się na zasadzie domina.

Short squeeze jest poważnym zagrożeniem dla shortujących, dlatego warto wiedzieć o nim więcej. Odsyłamy w tym celu do artykułu „Czym jest short squeeze i jak go uniknąć?”.

Jest to krzywa, która zazwyczaj przedstawia różnicę (spread) między oprocentowaniem 10-letnich oraz 2-letnich obligacji. Rentowność obligacji 10-letnich wyznaczana jest przez rynek, mniej lub bardziej odzwierciedlając to, jak kształtuje się inflacja w dłuższym terminie. Z kolei rentowność obligacji 2-letnich uzależniona jest od wysokości stóp procentowych ustalanych przez banki centralne.

Oczywiście można także porównywać ze sobą rentowności obligacji o innych terminach zapadalności niż wspomniane 10-letnie i 2-letnie, ale to właśnie ta krzywa jest najczęściej stosowana w analizach.

Poniższy wykres przedstawia, jak przez 20 lat kształtowała się krzywa dochodowości dla obligacji 10-letnich i 2-letnich w Stanach Zjednoczonych.

Z założenia odsetki płacone przez długoterminowe obligacje powinny być wyższe od odsetek obligacji krótkoterminowych. Jest to prosta zależność – jeżeli ktoś zgodzi się ulokować pieniądze na długi okres czasu, to rekompensatą za towarzyszące tej inwestycji ryzyko powinny być wyższe odsetki. Sytuacja odwrotna, w której to obligacje krótkoterminowe wypłacają wyższe odsetki, jest bardzo niepokojącym zjawiskiem. Mówi się wtedy o tzw. odwróconej krzywej dochodowości (Inverted Yield Curve).

Rzućmy teraz okiem na wykres, który przedstawią oba układy, czyli normalną oraz odwróconą krzywą dochodowości:

W normalnych warunkach rozwoju gospodarczego obligacje długoterminowe mają wyższą rentowność, ponieważ obarczone są wyższym ryzykiem inwestycyjnym. W końcu zamrażamy gotówkę na 30 lat, a nie na rok czy 2 lata. W długim okresie czasu znacznie trudniej przewidzieć zmiany cen i stóp procentowych, dlatego obligacje długoterminowe, uwzględniając ten problem, oferują zazwyczaj wyższe odsetki. Z normalną krzywą dochodowości mamy do czynienia przez większość czasu, kiedy gospodarka rozwija się bez przeszkód. Z odwróconą krzywą dochodowości mamy do czynienia wtedy, gdy inwestorzy są zaniepokojeni o perspektywy rynku (m.in. szukają bezpiecznych obligacji 10-letnich, uciekając od akcji).

Na poniższym wykresie krzywej dochodowości dodatkowo zaznaczone zostały ostatnie recesje (niebieskie tło) oraz poziom zero, po przebiciu którego krzywa odwracała się.

W obu przypadkach przed recesją mieliśmy do czynienia z odwróconą krzywą dochodowości. Warto podkreślić, że wykres przedstawia jedynie okres ostatnich 20 lat. Krzywa dochodowości udowodniła swoją użyteczność także w przypadku poprzednich recesji, dlatego często przytaczana jest jako jedno z najskuteczniejszych narzędzi do ich prognozowania.

O krzywej dochodowości wspominaliśmy m.in. w artykule Jak przewidzieć recesję gospodarczą?.

Wskaźnik Gold-to-Silver Ratio oblicza się poprzez podzielenie ceny jednej uncji złota przez cenę jednej uncji srebra. Otrzymany wynik mówi nam ile uncji srebra jesteśmy w stanie nabyć za uncję złota w danym momencie.

Dzięki Gold-to-Silver Ratio możemy w każdej chwili sprawdzić, czy w danym momencie złoto jest drogie, czy tanie w odniesieniu do srebra. Aby to określić należy zestawić aktualną wartość wskaźnika z danymi historycznymi.

Najlepszym rozwiązaniem będzie skorzystanie z wykresu. Przyjmuje się, że kiedy wartość wskaźnika spada poniżej 45, mamy tanie złoto. Jeżeli jego poziom przekracza 70, atrakcyjniej wygląda srebro.

Na łamach bloga do wskaźnika Gold-to-Silver Ratio odnosiliśmy się między innymi w artykule „Update na rynku złota i srebra”.

Margin Debt mówi o tym, jak duży kredyt zaciągnięto na zakup akcji.

Wraz ze wzrostem notowań na giełdzie coraz więcej optymistycznie nastawionych inwestorów postanawia zapożyczyć się, żeby zarobić na zwyżkujących cenach akcji. Z kolei podczas spadków inwestorzy sprzedają akcje, aby spłacić kredyt. To powoduje, że Margin Debt jest dodatnio skorelowany z notowaniami akcji.  

Poniższy wykres przedstawia Margin Debt (kolor czerwony) oraz notowania dla indeksu S&P 500 w Stanach Zjednoczonych (kolor niebieski).

Dużo bardziej miarodajne jest odniesienie poziomu Margin Debt do wielkości PKB. Historycznie patrząc, podczas kryzysów z 2000 oraz 2008 roku odsetek ten znajdował się w obu przypadkach powyżej 2%. Obecnie jego poziom przekracza 3%.

Im wyższe wartości wskaźnik ten przyjmuje w relacji do PKB, tym bardziej sceptycznie powinniśmy podchodzić do dalszych wzrostów na giełdzie. Więcej na ten temat pisaliśmy w artykule: Co wyznacza szczyty giełdowe, czyli czym jest Margin Debt”.

Warto zauważyć, że podczas ostatnich dwóch bess poziom Margin Debt w stosunku do PKB spadał w okolice 1,2 – 1,4%. Następnie przychodziło odbicie i rozpoczynała się nowa hossa. Dla inwestorów wskaźnik ten może być zatem jedną ze wskazówek sugerujących powrót na rynek akcji.

P/E, czyli cena przez zysk to wskaźnik, który oblicza się dzieląc cenę akcji przedsiębiorstwa przez zysk na nią przypadający. Dzięki niemu możemy określić, czy dane akcje są drogie, czy tanie.

Przykład:

Akcje firmy PKN Orlen kosztują 85 zł za sztukę.

Zysk za ostatnie 12 miesięcy przypadający na jedną akcję wynosi 7,9 zł.

P/E = 85 zł / 7,9 zł = 10,75

W dużym uproszczeniu wskaźnik P/E określa ile lat musielibyśmy czekać na zwrot z zainwestowanego kapitału zakładając, że firma wypłacałaby 100% zysku. Oczywiście przedsiębiorstwa nie wypłacają zysków w całości, ale dochody zakumulowane w spółce przekładają się na wyższą wartość akcji.  

Z powyższego przykładu wynika, że zakup akcji PKN Orlen zwróci się po niespełna 11 latach.

Zdarza się, że dane dotyczące zysku na akcje są niedostępne. Wówczas wskaźnik P/E możemy obliczyć w inny sposób. Najpierw wyliczamy kapitalizację rynkową spółki (liczba akcji x cena akcji), a następnie dzielimy ją przez skumulowany zysk netto z ostatnich 4 kwartałów.

Od jakiego poziomu wskaźnika P/E zaczynają się drogie akcje? Opinie na ten temat są podzielone. Nasza propozycja, jak należy interpretować P/E wygląda następująco:

P/E < 5 (świetna okazja)

5 < P/E < 8 (akcje tanie)

8 < P/E < 16 (akcje neutralnie wycenione)

16 < P/E < 20 (akcje drogie)

P/E > 20 (bańka spekulacyjna)

Użytecznym narzędziem, jeżeli chcemy porównać poziom P/E dla poszczególnych giełd na świecie jest strona www.starcapital.de.

Dzięki specjalnej mapce szybko sprawdzimy, które giełdy uchodzą w danej chwili za niedowartościowane.

Wskaźnik P/E ma jednak pewną wadę, która sprawia, że nie można opierać się wyłącznie na nim. W momencie słabszej koniunktury gospodarczej zyski przedsiębiorstw zaczynają spadać, czasem notuje się również straty. W tej sytuacji wskaźnik P/E może wystrzelić w górę, pomimo spadających cen akcji. Znacznie lepszym narzędziem jest wskaźnik PE Shillera (CAPE).

Więcej na temat wskaźnika P/E piszemy w artykule: "Jak korzystać ze wskaźnika cena/zysk?".

P/E Shillera (znany również jako CAPE), to wskaźnik, który powstaje identycznie jak P/E, ale uwzględnia zyski spółek za ostatnie 10 lat.

A zatem:

1. Kumulujemy zyski wszystkich firm za ostatnie 10 lat.

2. Korygujemy wcześniejsze zyski o wartość inflacji.

3. Uśredniamy zyski za ostatnie 10 lat.

4. Dzielimy obecną wartość indeksu przez uśrednione, jednoroczne zyski wszystkich firm wchodzących w skład indeksu.

CAPE daje nam dużo wyższy poziom pewności niż P/E. Zwykły wskaźnik ceny do zysku może zostać zaburzony wahaniami dochodów spółek w danym roku. W przypadku CAPE problem ten nie istnieje, ponieważ pod uwagę bierze się zyski z ostatnich 10 lat.

Użytecznym narzędziem, jeżeli chcemy porównać poziom CAPE dla poszczególnych giełd na świecie jest strona www.starcapital.de.

Dzięki specjalnej mapce szybko sprawdzimy, które giełdy uchodzą w danej chwili za niedowartościowane.

Proponowana przez nas interpretacja wskaźnika CAPE wygląda następująco:

CAPE < 5 (świetna okazja)

5 < CAPE < 8 (akcje tanie)

8 <CAPE < 16 (akcje neutralnie wycenione)

16 < CAPE < 20 (akcje drogie)

CAPE > 20 (bańka spekulacyjna)

P/BV (cena przez wartość księgową), to wskaźnik, który porównuje cenę akcji danej spółki z jej wartością księgową, czyli wartością aktywów pomniejszoną o zobowiązania.

Do aktywów zaliczamy nieruchomości, ruchomości, gotówkę, patenty oraz aktywa niematerialne. Z kolei na zobowiązania składa się zadłużenie względem kontrahentów oraz zaciągnięte kredyty i pożyczki.

Przykład:

Akcje KGHM kosztują 92 zł za sztukę.

Wartość księgowa przypadająca na 1 akcję to 102 zł.

P/BV = 92 / 102 = 0,91

Analizując P/BV należy mieć świadomość, że jego poziom zależy również od specyfiki przedsiębiorstwa. W przypadku spółek surowcowych (duża wartość sprzętu, budynków itd.) wskaźnik P/BV wynosi zazwyczaj od 0,4 do 2. Sytuacja wygląda zupełnie inaczej np. podczas analizy spółek biotechnologicznych (mniej aktywów materialnych), gdzie poziom P/BV waha się zazwyczaj od 4 do 20.

Jeżeli chcemy porównać, jak poziom P/BV kształtuje się dla poszczególnych giełd, możemy skorzystać ze strony www.starcapital.de.

Dzięki specjalnej mapce szybko sprawdzimy, które giełdy uchodzą w danej chwili za niedowartościowane.

Im niższy poziom P/BV, tym bardziej atrakcyjna jest dana giełda. Jednakże, tak jak w przypadku każdego innego wskaźnika, nie należy opierać swoich decyzji wyłącznie na nim. Porównując między sobą rynki pod względem P/BV trzeba pamiętać, że giełda np. w Korei Południowej charakteryzuje się znacznie większym udziałem spółek technologicznych w związku z tym w jej przypadku poziom 1,5 jest czymś normalnym, podczas gdy w krajach opartych na surowcach (np. Rosja) jest to wynik bardzo wysoki.

Więcej na temat wskaźnika P/BV piszemy w artykule: "Wskaźnik pozwalający z zyskiem przejść przez krach".

P/S, czyli cena przez sprzedaż, to wskaźnik, który porównuje cenę akcji danej spółki do wielkości przychodów na nią przypadających. Jest on jednym z najtrudniejszych do zmanipulowania wskaźników. Poniżej poziom wskaźnika P/S w USA w latach 1990-2018:

P/S można wyliczyć na dwa sposoby:

1. Cena akcji / Wartość przychodów przypadających na 1 akcję.

2. Wartość przedsiębiorstwa / Przychody za ostatnie 12 miesięcy.

Im wyższy poziom wskaźnika, tym gorzej świadczy to o analizowanej spółce bądź indeksie.

Jeżeli chcemy porównać, jak poziom P/S kształtuje się dla poszczególnych giełd, możemy skorzystać ze strony www.starcapital.de.

Dzięki specjalnej mapce szybko sprawdzimy, które giełdy uchodzą w danej chwili za niedowartościowane.

ETF (Exchange Traded Fund) jest to fundusz, którego zadaniem jest odwzorowanie danego rynku, czy branży. Zdecydowana większość ETF-ów notowana jest na giełdach w Stanach Zjednoczonych, a ich różnorodność sprawia, że możemy dzięki nim zdobyć ekspozycję nawet na najbardziej egzotyczne rynki.

Przykład:

ETF oznaczony jako CARZ daje nam ekspozycję na branżę motoryzacyjną. Kupując jednostki udziału w funduszu, automatycznie inwestujemy w wiele przedsiębiorstw produkujących samochody. Gdyby nie wspomniany ETF, samodzielnie inwestująca osoba musiałaby wykupić osobno akcje wielu koncernów, co podniosłoby jej koszty transakcji. Tymczasem w przypadku ETF-u płaci prowizję tylko raz.

Dużą zaletą ETF-ów jest to, że nie starają się one wypracować zysku lepszego od średniej danego rynku czy branży. Taka strategia wiązałaby się z realizowaniem bardzo wielu transakcji oraz z zatrudnianiem rzeszy zarządzających, co błyskawicznie przekładałoby się na znacznie wyższe koszty. Jako, że ETF-y są funduszami biernie zarządzanymi, to koszty utrzymania ekspozycji są bardzo niskie. W przypadku najtańszego ETF-u jest to 0,1%, natomiast przeciętny poziom waha się pomiędzy 0,4% a 0,7% rocznie. Dla porównania fundusze aktywnie zarządzane bardzo często kosztują klientów średnio 2 – 4%.

Oprócz zwykłych ETF-ów istnieją też ETF-y odwrócone (Inverse ETFs), które umożliwiają grę na spadki oraz ETF-y z wbudowanym mechanizmem dźwigni.

O ETF-ach wspominaliśmy miedzy innymi w artykule Czy da się pokonać rynek?.

Załóżmy, że kupiliście za 100 złotych obligacje 10-letnie z rentownością 10%. Będziecie zatem otrzymywać odsetki w wysokości 10 zł rocznie, natomiast po 10 latach emitent zwróci Wam pożyczoną kwotę, czyli 100 złotych.

Teraz przyjmijmy, że minął rok, stopy procentowe zostały obniżone, a inflacja spadła. Emitenci, którzy jeszcze niedawno musieli oferować 10% odsetek, dziś mogą łatwo pozyskać kapitał z rynku oferując tylko 5% (ostatecznie inflacja jest niższa, więc wolniej spada wartość waluty). Pamiętajcie jednak, że sami jesteście w posiadaniu obligacji, które przez kolejne 9 lat będą wypłacać aż 10% rocznie. Wasze obligacje są w tym momencie dużo cenniejsze i to do nich będzie płynął kapitał.

Zauważcie, że rentowność obligacji spadła (z 10 do 5 procent), co sprawiło, że cena waszych obligacji wzrosła (w tym przykładzie ze 100 do 135 złotych). Kiedy rentowność obligacji rośnie, ceny obligacji maleją (ETFów na obligacje również). I na odwrót.

Bardzo często wspomniana zależność objawia się przy zmianach stóp procentowych, które z kolei reagują na inflację.

Wysoka inflacja = podwyżki stóp procentowych = wyższa rentowność obligacji = niższe ceny obligacji.

Niska inflacja = obniżki stóp procentowych = niższa rentowność obligacji = wyższe ceny obligacji.

Opisaną zależność przedstawia poniższa grafika:

Więcej na ten temat pisaliśmy w artykule Jak przewidzieć recesję gospodarczą?.

Pieniądz i waluta posiadają wiele wspólnych cech, przez co często stosuje się te pojęcia zamiennie. Czy słusznie? – z odpowiedzią przychodzi poniższa tabela.

Jak widać, walucie brakuje jednej bardzo ważnej cechy, czyli zdolności do przechowywania wartości w długim okresie czasu. Przez wartość należy rozumieć siłę nabywczą, co wyjaśnia poniższy przykład:

Wyobraźmy sobie, że posiadamy banknot o nominale 100 jednostek waluty X.

Załóżmy, że możemy w tym momencie nabyć za nasz banknot następujący koszyk dóbr:

a) 2 chleby

b) 1 kg mąki

c) 1 kg kaszy

d) Masło

e) Książka

Chwile późnej na rynek trafia pula świeżo wydrukowanej waluty. Żeby ułatwić nasz przykład, załóżmy, że ilość dóbr w gospodarce nie uległa zmianie. Kiedy dochodzi do zwiększenia podaży waluty, naturalną reakcją jest wzrost cen dóbr. W takiej sytuacji za banknot, który posiadamy jesteśmy w stanie kupić mniej produktów, przykładowo:

a) 1 chleb

b) 1 kg mąki

c) Masło

Mniejsza ilość dóbr w koszyku, to efekt spadku siły nabywczej waluty znajdującej się w naszym posiadaniu. Okres istnienia waluty to średnio 27 lat. Upadki walut mają zazwyczaj jedną i tą samą przyczynę: wraz z zadłużaniem się poszczególnych państw, rządzący zamiast ograniczać wydatki decydują się na dodruk waluty. Z tego powodu dochodzi do wzrostu inflacji, która jest czymś w rodzaju ukrytego podatku (zmniejsza siłę nabywczą naszych oszczędności). Politycy decydują się na takie rozwiązanie dlatego, że społeczeństwo nie odczuwa inflacji z dnia na dzień, lecz jest to proces rozłożony na lata. Ostateczny efekt zawsze jest ten sam: inflacja z czasem przeradza się w hiperinflacje i waluta upada.

Z kolei złoto czy srebro, które posiadają wszystkie cechy pieniądza występują w ograniczonej ilości, przez co zachowują swoją siłę nabywczą przez lata. Złoto i srebro pełniły role pieniądza przez tysiące lat i dla części osób pełnią tę rolę nadal. Dodajmy, że po dodruku prowadzonym w latach 2008-2018 również same banki centralne zaczęły dużo chętniej skupować złoto.  

Podsumowując, z jednej strony mamy walutę, której wartość oparta jest wyłącznie na zaufaniu do jej emitenta, a z drugiej pieniądz, za którym przemawia długa historia oraz zdolność do przechowywania siły nabywczej. Stawianie znaku równości pomiędzy pieniądzem a walutą jest najczęściej efektem stosowania skrótów myślowych, dlatego warto znać kluczową różnicę pomiędzy nimi.

Waluta kreowana jest na dwóch poziomach – pierwszym z nich jest system bankowości centralnej, natomiast drugi obszar dotyczy banków komercyjnych. Poniższy schemat pokazuje w jaki sposób waluta jest kreowana w Stanach Zjednoczonych.

W pierwszej kolejności amerykański Kongres wydaje zgodę na zwiększenie zadłużenia Stanów Zjednoczonych. Następnie Departament Skarbu emituje obligacje, które trafiają do banków komercyjnych, a stamtąd do Rezerwy Federalnej. W zamian FED drukuje walutę, której zabezpieczeniem są otrzymane przez Rezerwę Federalną obligacje. Gotówka trafia do banków komercyjnych, a stamtąd do Departamentu Skarbu.

W taki sposób państwo, za pomocą emisji obligacji, pozyskuje kapitał na część wydatków. Jest to pierwszy etap kreacji waluty, określany jako M0 (w niektórych krajach M1).

Druga część procesu odbywa się już w oparciu o banki komercyjne i rozpoczyna się w momencie zdeponowania pieniędzy w banku. Załóżmy, że do banku komercyjnego trafia 1000 dolarów zdeponowane przez pana Kowalskiego. Elementem obecnego systemu jest rezerwa cząstkowa. Załóżmy, że w tym wypadku wynosi ona 10%. Zgodnie z tym poziomem, bank komercyjny ze zdeponowanych 1000 dolarów, musi przechowywać jedynie 10%, czyli 100 dolarów. Pozostałe 900 dolarów bank może pożyczyć, a na koncie pana Kowalskiego nadal widnieć będzie 1000 dolarów. Jesteśmy zatem świadkami wykreowania przez bank dodatkowych 900 dolarów. Kontynuując przykład, bank pożycza owe 900 dolarów klientowi, a ten deponuje pieniądze w kolejnym banku. Następnie bank przechowuje 10% z 900 dolarów i pożycza resztę, czyli 810 dolarów.

Jak widać na powyższym schemacie, przy rezerwie cząstkowej wynoszącej 10%, banki są w stanie z tysiąca dolarów wykreować nawet 9 tysięcy dolarów. W taki właśnie sposób banki kreują walutę z powietrza. Oczywiście wspomniane 9 tysięcy dolarów to dług, od którego banki pobierają odsetki. Jest to skrajny przykład pokazujący możliwości banków. W rzeczywistości większość z nich utrzymuje wartość kredytów dwukrotnie wyższą od wartości depozytów.

Waluta emitowana w systemie bankowości centralnej w połączeniu z walutą wykreowaną poprzez system bankowości komercyjnej, staje się tzw. bazą M3. To łączna wartość waluty i to od niej najsilniej zależy inflacja.

Definicja inflacji należy do najbardziej manipulowanych w świecie szeroko pojętych finansów. Przez długi czas inflację określano jako zwiększenie ilości waluty w obiegu, ale wszystko zmieniło się po II Wojnie Światowej, w wyniku propagandy uprawianej przez przekupione środowiska akademickie. Wspominaliśmy o tym w artykule: Czym naprawdę jest Exchange Stabilization Fund? Cz. 2 - Propaganda.

Tamta, prawdziwa definicja w bezpośredni sposób łączyła dodruk ze zjawiskiem wzrostu cen, z kolei obecna skupia się wyłącznie na efekcie (wyższe ceny), zupełnie zapominając o przyczynie (dodruk). Aby nie pogubić się w tym wszystkim, należy zdawać sobie sprawę zarówno ze starej, prawdziwej definicji, jak i tej sztucznie wykreowanej.

Jak już wspomnieliśmy, w przeszłości inflację definiowano jako przyrost ilości waluty w obiegu. W 2006 roku Stany Zjednoczone zaprzestały publikowania wielkości bazy M3, która dobrze oddawała wysokość inflacji (od tej wielkości odejmowano ok. 2%, aby uwzględnić wzrost produktywności). Obecnie podawana oficjalna inflacja w USA nijak ma się do rzeczywistości, co przyznają nawet przedstawiciele FED.

W celu oszacowania rzeczywistej inflacji, oprócz powszechnie używanego wskaźnika CPI (Consumer Price Index) warto posiłkować się alternatywnymi miarami, które szczegółowo omówiliśmy w artykule Jaką mamy rzeczywistą inflacje?.

Poza skalą kreowania waluty na inflację wpływ ma również tempo cyrkulacji pieniądza (im szybciej pieniądz krąży w gospodarce, tym silniejsza reakcja cen). Może ono rosnąć w dwóch przypadkach.

1. Sytuacja w gospodarce jest bardzo dobra, ludzie nie boją się o utrzymanie pracy i bez obaw wydają zarobione pieniądze. Kapitał szybko krąży w gospodarce.

2. Pojawiają się obawy o spadek wartości waluty i ludzie starają się jej pozbyć jak najszybciej, póki wciąż ma ona wartość.

Więcej na temat inflacji pisaliśmy w artykule Kiedy inflacja zniszczy nasze oszczędności?.

Deflację definiowano jako spadek ilości waluty w obiegu, ale obecnie łączy się ją wyłącznie ze spadkiem cen. Oprócz skali dodruku na deflację wpływ ma także tempo cyrkulacji pieniądza, przez co wyróżnić możemy dwa przypadki:

1. Naturalna deflacja wynikająca ze wzrostu produktywności. Np. dzięki postępowi technologicznemu dany produkt jest tworzony po niższym koszcie i ostatecznie płaci się za niego mniej.

2. Deflacja wynikająca z kryzysu. Jeśli społeczeństwo ogranicza zakupy, to przedsiębiorcy zmuszeni są obniżać ceny.

Jeśli chodzi o naturalną deflację to jej demonizowanie jest obecnie często spotykanym zjawiskiem. Wmawia się nam, że spadek cen jest niebezpieczny, ponieważ konsumenci odkładają zakupy w czasie, przez co spada tempo rozwoju gospodarczego. To bzdura. Najlepszym przykładem są wszelkiego rodzaju urządzenia elektroniczne (telefony, laptopy), których ceny spadają w szybkim tempie. Prawdziwy powód wspomnianej narracji jest inny. Deflacja jest wrogiem obecnego systemu opartego na długu. Gdybyśmy dzisiaj mieli deflację, poziom zadłużenia szybko stałby się nie do utrzymania, co oznaczałoby upadek systemu, jak również powrót standardu złota. Z kolei w otoczeniu inflacyjnym, zadłużenie jest dewaluowane i udaje się utrzymać kontrolę nad systemem.

O deflacji pisaliśmy miedzy innymi w artykule Co nas czeka - wielka deflacja czy hiperinflacja - cz. 1.

Krachem nazywamy nagły spadek kursu danego aktywa (np. akcji, złota, kukurydzy) notowanego na giełdzie, który ma bardzo gwałtowny przebieg. Do krachu dochodzi, gdy negatywny sentyment inwestorów przerodzi się w panikę i masową wyprzedaż aktywów.

Przykład:

Poniższy wykres przedstawia notowania indeksu Nasdaq Composite. Widać na nim najpierw wzrosty cen akcji w latach 1995-2000, a następnie początek krachu i rozpoczęcie bessy. Charakterystyczne dla krachu jest to, że spadki, które mu towarzyszą są znacznie bardziej dynamiczne i trwają krócej od poprzedzających go wzrostów.

 

Hossa to długotrwały okres wzrostu cen aktywów notowanych na giełdzie, któremu towarzyszy pozytywny sentyment uczestników rynku. Nazywana jest także „rynkiem byka”. Z kolei bessa („rynek niedźwiedzia”) jest przeciwieństwem hossy i dochodzi do niej, gdy trend wzrostowy na danym aktywie zostanie przełamany spadkiem o przynajmniej 20%.

Bessa od hossy różni się także czasem i dynamiką. Na początku hossy na rynku znajdują się wyłącznie tzw. smart money, czyli najskuteczniejsi inwestorzy. Kiedy akcje rosną, z czasem zaczynają nabywać je klienci instytucjonalni. Ostatecznie wzrosty cen przyciągają na rynek tłumy osób, które nie znają się na inwestowaniu. W pewnym momencie na rynek przestaje napływać kapitał i rozpoczynają się spadki. Panika jest na tyle duża, że spadki postępują w szybkim tempie. W efekcie bessa zawsze trwa znacznie krócej od hossy.

Różnicę w przebiegu hossy i bessy przedstawia poniższy wykres indeksu S&P 500.

Jak widać, zarówno hossa z lat 1995 – 2000, jak i 2003 – 2008 kształtowały się znacznie dłużej niż krachy, które po nich następowały.

Wyjątkiem w przypadku hossy i bessy czasem okazują się surowce. Podczas wzrostów ich cen pojawiają się obawy o ich niedobór, w związku z czym wzrosty mogą trwać krócej i być bardziej dynamiczne niż spadki.

CFD to specjalny instrument, który możemy wykorzystywać na dwa sposoby: do gry na wzrosty oraz spadki.
 

Gra na wzrosty:

Wszystko działa podobnie jak w przypadku zwykłych zakupów akcji czy ETFów. Z jedną różnicą. CFD zawiera dźwignię finansową, dzięki której możemy inwestować za większe pieniądze, niż te które faktycznie posiadamy.

Przykład: Załóżmy, że dźwignia finansowa w przypadku akcji Apple to 1:10. Kupujemy 10 akcji spółki, każda warta po 200 USD. Robimy to za pomocą CFD. Łączna wartość zakupionego pakietu to 2000 USD. Z naszego konta pobierane jest jednak tylko 200 USD (1/10 wartości pozycji), a resztę pożyczamy od brokera za co musimy płacić odsetki. Pozostaje nam zatem 1800 USD, które możemy zainwestować w inne aktywa lub trzymać w gotówce.
 

Gra na spadki:

Tutaj także mamy do czynienia z dźwignią finansową, natomiast zarabiamy tylko wtedy, kiedy wybrane przez nas aktywo traci na wartości. Ważne: podczas otwierania pozycji na platformie nie klikamy „kupuj”, lecz „sprzedaj”.

 

Zazwyczaj unikamy dźwigni finansowej, dlatego też stosujemy CFD tylko podczas gry na spadki. Powód jest prosty: żaden inny instrument nie oferuje takiej możliwości.

Więcej na temat CFD pisaliśmy w artykule: Inwestowanie przez CFD.

IPO (Initial Public Offering) - jest to pierwsza publiczna oferta emisji papierów wartościowych. Mówiąc krótko oznacza to wejście firmy na giełdę.

Przed IPO firma zazwyczaj znajduje się w posiadaniu wąskiego grona akcjonariuszy (np. założycieli, rodziny). W wyniku oferty publicznej akcje przedsiębiorstwa stają się dostępne dla szerszej grupy inwestorów indywidualnych oraz instytucji. Dzięki temu łatwiej pozyskać kapitał niezbędny dla rozwoju biznesu, ale jednocześnie wejście na rynek regulowany (giełdę) wiąże się z obowiązkiem przestrzegania wielu zasad narzuconych przez regulatora (np. KNF w Polsce, czy SEC w Stanach Zjednoczonych).

Każde IPO wymaga przygotowania prospektu emisyjnego, czyli dokumentu, w którym zawarte będą szczegóły dotyczące oferty (np. perspektywy rozwoju, czynniki ryzyka). Oprócz korzyści w postaci pozyskania dodatkowego kapitału, IPO sprawia, że przedsiębiorstwo staje się bardziej rozpoznawalne i zyskuje większą wiarygodność.

 

ICO (Initial Coin Offering) - to proces pozyskiwania kapitału na rozwój projektów związanych z kryptowalutami. W większości przypadków ICO przeprowadzane są przez startupy, które dzięki tej formie finansowania mogą uniknąć wielu trudności, jakie pojawiają się w przypadku tradycyjnych form finansowania (np. Venture Capital czy banki). ICO odbywa się poprzez emisję tzw. Tokenów, z których sprzedaży pozyskiwany jest kapitał.

Każde ICO wymaga stworzenia tzw. „whitepaper”, czyli odpowiednika prospektu emisyjnego. Whitepaper często zawiera też tzw. „roadmap”, czyli schemat przedstawiający kolejne etapy rozwoju projektu.

Po 2 burzliwych latach rozwoju ICO, rynek ten będzie prawdopodobnie zamierał gdyż 80-90% projektów, które pozyskały kapitał – okazało się oszustwami. Do tak wysokiego odsetka przyczyniła się euforia towarzysząca wzrostom cen kryptowalut w 2017 roku.

 

ETO (Equity Token Offering) - forma pozyskiwania kapitału dla firm za pośrednictwem kryptowalut. Powstała jako alternatywa do ICO, zachowując zabezpieczenie interesów udziałowca podobne do posiadania papieru wartościowego. Dzięki ETO spółka może emitować swoje udziały zapisane na blockchainie. Każdy z inwestorów musi najpierw  przejść uwierzytelnienie (procedura KYC i AML), dopiero później może zakupić tokeny, które uprawniają do podejmowania decyzji na zgromadzeniach wspólników czy otrzymania dywidendy.

Zanim odpowiemy sobie na to pytanie kluczowe będzie zrozumienie czym jest Indeks Dolara.

Indeks Dolara (symbol: DXY) mierzy wartość dolara amerykańskiego w stosunku do koszyka sześciu walut: euro (57,6 %), jena japońskiego (13,6 %), funta brytyjskiego (11,9 %), dolara kanadyjskiego (9,1 %), korony szwedzkiej (4,2 %) oraz franka szwajcarskiego (3,6 %).

Wzrost indeksu wskazuje na umacnianie się dolara w stosunku do koszyka pozostałych walut. Z kolei jeśli indeks spada oznacza to, że waluta Stanów Zjednoczonych traci na wartości. Na poniższym wykresie Indeksu Dolara widać, że w 2017 roku dolar wyraźnie się osłabiał, później nastąpiła zmiana trendu.

Od wielu lat obserwuje się silną odwrotną korelację. Umacniającemu się dolarowi towarzyszą spadki cen surowców, zaś gdy dolar się osłabia, rynek surowców radzi sobie dobrze.

Z czego wynika ta zależność? Surowce notowane są w dolarach. Z kolei producenci ustalają ceny w oparciu o relację wymiany ich lokalnej waluty na dolara. Zatem kiedy amerykańska waluta się umacnia, potrzeba mniej dolarów, żeby kupić dany surowiec, a kiedy dolar tanieje, zakup surowca staje się droższy.

REIT (Real Estate Investment Trust) to specjalny fundusz, który pozwala inwestorom indywidualnym inwestować w nieruchomości komercyjne z różnych sektorów (mieszkaniowego, przemysłowego, handlowego itd.).

Istnieją trzy typy REIT’ów:

  1. REIT’y typu Equity – inwestują w nieruchomości na wynajem i z tego otrzymują zyski. Jest to prosty model biznesowy i tak działa większość REIT’ów.
  2. REIT’y typu Mortgage – jak sugeruje nazwa inwestują w hipoteki. Ich zyski zależą głównie od stopy procentowej, po której hipoteki są spłacane. Ten typ REIT’ów jest znacznie bardziej ryzykowny niż REIT’y typu Equity.
  3. REIT’y Hybrydowe (Hybrid REITs) – powstają przez połączenie REIT’ów typu Equity oraz Mortgage.

Zazwyczaj poszczególne REIT’y skupiają się na pojedynczych sektorach, przez co inwestując w nie możemy zdobyć ukierunkowaną ekspozycję. Jednakże istnieją też REIT’y, które dywersyfikują swoje portfolio inwestując w kilka sektorów na raz.

REIT’y charakteryzują się tym, że wypłacają wysokie dywidendy. Wynika to z faktu, że muszą one przeznaczać minimum 90% swojego zysku dla akcjonariuszy (w niektórych krajach minimum 75%).

Na rynku istnieje szeroki wybór REIT’ów, co pozwala na inwestowanie w nieruchomości z całego świata. Inwestor z Europy może bez problemu zdobyć ekspozycję na rynek nieruchomości w Hong Kongu, czy Singapurze.

Inną ważną zaletą REIT’ów jest ich płynność – można je kupować i sprzedawać jak akcje, praktycznie w każdym momencie (w przeciwieństwie do faktycznie posiadanej nieruchomości).

Jeżeli zaś chodzi o ich wady, to nie są one instrumentami pozbawionymi ryzyka oraz niekiedy posiadają wysokie koszty zarzadzania, co uszczupla zyski lub powiększa ewentualne straty.

Warto dodać, że oprócz inwestowania w pojedyncze REIT’y możliwe jest także kupno ETF’ów na REIT’y. Analogicznie, jak w przypadku inwestowania w pojedyncze spółki, gdzie ETF dający ekspozycje na wiele firm dostarcza większego bezpieczeństwa, tak i w przypadku inwestowania w ETF’y na REIT’y znacznie zmniejszamy ryzyko inwestycyjne.

O REIT’ach pisaliśmy między innymi w artykułach: „Nieruchomość na wynajem czy inwestycja w REIT'y?” oraz „Jak ocenić czy REIT jest tani?”.

KURS
EURPLN 4.38 -0.08%
USDPLN 3.97 -0.02%
CHFPLN 4.01 +0.02%
GBPPLN 4.96 -0.22%
EURUSD 1.10 -0.05%
KURS
Złoto 1,520.55 +0.58%
Srebro 17.93 +0.14%
Platyna 945.00 +0.01%
Pallad 1,619.75 -0.42%
KURS
Ropa Brent 64.12 -0.88%
Ropa WTI 57.97 -1.11%
Gaz ziemny 2.54 +0.99%
Miedź 2.59 -0.80%